Do każdego sprzedanego samolotu PZL musi dopłacać. Tak prowadzonej polityki handlowej firmy nie usprawiedliwiają nawet wahania w kursie dolara. Polityki i gospodarki nie należy łączyć – przekonali się do tego pracownicy Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu. Tam gdzie politycy rozgrywają swoje interesy, traci zakład. Karuzela zmian w zarządzie firmy zmusza do postawienia pytania: - Komu zależy, aby PZL Mielec upadł?
Nie było jednego roku w sześcioletniej historii Polskich Zakładów Lotniczych, w którym nie doszłoby do zmian w zarządzie firmy. Jedne wymusiły tragiczne sploty wydarzeń, jedni prezesi i ich zastępcy byli odwoływani, a jeszcze inni odchodzili. Na własne życzenie. Można się pokusić o stwierdzenie, że to ewenement w skali kraju. Zwłaszcza że chodzi o tak skomplikowaną branżę jak lotnicza. Czy firma o tak niestabilnej podstawie jak kierownictwo, może być poważnym partnerem na coraz ciaśniejszym rynku zbytu i przy zaostrzającej się konkurencji? Czy mielecka fabryka płatowców jest elementem gier politycznych i używa się jej li tylko jako karty przetargowej w zupełnie innych, nie zawsze związanych z lotnictwem interesach? Komu tak naprawdę zależy na utrzymaniu w Mielcu produkcji lotniczej, bo wygląda, że właścicielowi raczej nie zależy. I na jakich właściwie zasadach prosperuje największa ongiś wytwórnia płatowców w Polsce? Sądząc po coraz gorszych wynikach finansowych, albo nie ma zasad w ogóle, albo są bardzo kruche. Pytań, jakie się cisną po ostatnich wydarzeniach związanych z kolejnymi zmianami ,,na wierchołce” firmy, jest więcej. Pytania o tyle istotne, że od losu tego zakładu zależy los tysięcy osób - pracowników i ich rodzin. Oni też pytają – jak długo jeszcze się utrzymamy? Ci, którzy zdecydowali się na rozmowę z nami, chcą pozostać anonimowi. Mówią – mamy jeszcze coś w życiu do zrobienia. I wierzą, że ich zakładem przestaną w końcu dysponować ... urzędnicy.
Grzech pierworodny
I mówią jeszcze, że już same początki nie wróżyły firmie niczego dobrego. Zanim zarejestrowano firmę w 1999 roku, była koncepcja terapii wstrząsowej. PZL miały zatrudniać w sumie 600 – 700 pracowników i przewidziane były na produkcję około 15 sztuk „skytrucków” i tyleż samo „dromaderów”. Miała to być mała na początku firma, produkująca, poprzez niskie koszty pracownicze, rentowne samoloty. Na koncepcji się skończyło. Spółkę zarejestrowano i popełniono „grzech pierworodny”. Firma została zbudowana na kapitale uniemożliwiającym jej produkcję lotniczą. Przy kapitale własnym 100 milionów złotych w gotówce, wniesionych było ...20 tysięcy 800 złotych, a resztę stanowiły tak zwane aporty. Firmie wciśnięto aportem majątek, którego w części w ogóle nie potrzebowała. PZL odziedziczyło też po Zakładzie Lotniczym i WSK PZL przestarzały system księgowania, ewidencjonowania kosztów i służb finansowych. Jeden z dyrektorów dawnego ZL mówi: – Należało natychmiast te służby zreformować, bo były jawnym odbiciem lat 70. Tymczasem zmiany, jakie wprowadzono w PZL, to „damska kosmetyka”.
Ta sytuacja odbiła się na zdolnościach kredytowych firmy. PZL potrzebowały rocznie 100 – 120 milionów złotych na produkcję. – Chcąc produkować tylko 15 samolotów rocznie i mieć zaangażowane procesy kooperacyjne, a branża lotnicza ma to do siebie że – jak wyjaśnia jeden ze specjalistów – wkładasz dzisiaj, wyciągasz za kilkanaście miesięcy i mrozisz w ten sposób kapitał – tyle właśnie pieniędzy trzeba było ,,na dzień dobry”. Dodatkowo, wejście w eksport wymaga kolejnych nakładów, bo start w przetargach to miliony dolarów włożone tylko w tak zwane wadium. Skąd wziąć takie pieniądze? Zapewne to pytanie spędzało sen z powiek „finansowym” z PZL. I spędza nadal. Tym bardziej, że jak się już operuje milionami dolarów, to trzeba dodać – zakład z Mielca jest zaledwie jednym z trzech beneficjantów w zyskach. Montując samolot, musi kupić silniki i wyposażenie. Prawda to oczywista, ale ma się nijak do mitycznego raczej określenia przedsiębiorstwa – producent samolotów.
Z tego składu zarządu PZL pozostał jedynie Zbigniew Działowski. Udało mu się przekonać do siebie właścicieli z ARP.
Grzech drugi
Drugi grzech to zależność. Tajemnicą poliszynela jest, że sam sposób przejęcia kapitału przez PZL budził wiele wątpliwości, a wręcz pachniał zakończeniem działalności firmy i to w atmosferze skandalu. Jej los utknął w rękach syndyka masy upadłościowej ZL, bo jak się okazuje, protokoły tego, co zostało wniesione do PZL Aktem Notarialnym, a to, co zostało wniesione protokołem zdawczo odbiorczym, diametralne się różnią. Na kapitale podstawowym były błędy. To mogło skutkować sądem i końcem marzeń o mieleckim lotnictwie. Ten bałagan wprawdzie posprzątano dzięki umowie z syndykiem zawartej na drakońskich zasadach, ale pozostał inny i równie poważny. I tu pada kolejny mit. PZL nie są właścicielem tego, co produkują! Wszak– jak się okazuje – zakład jedynie dzierżawi od syndyka masy upadłościowej prawo do produkcji samolotów. Za prawo użytkowania znaku towarowego i „skytrucków”, i „dromaderów”, Zakłady już „wybuliły” syndykowi kilka milionów złotych. - To chory układ – stwierdza jeden z byłych dyrektorów PZL. Chory, bo w każdej chwili może się pojawić klient i prawa te nabyć. Tak jak nabył prawa do produkcji PZL M-20 „mewa”... Nasz rozmówca uzupełnia: – PZL stąpa po niewiarygodnie cienkim lodzie. Ale nie wdaje się w bliższe szczegóły.
Grzech trzeci
Grzech trzeci to zaniechanie restrukturyzacji zatrudnienia, a co za tym idzie, wzrostu kosztów produkcji. Trzeba było 26-milionowych strat za ubiegły rok, aby zarząd PZL – już w nieco innym składzie zaczął myśleć o realizacji tego, co było oczywiste już dawno i co usiłował przeforsować - na przykład - były dyrektor finansowy PZL, Ryszard Królikowski. Jeden z handlowców firmy mówi: - Nie chodzi o zwolnienia z tak zwanego klucza. Jeśli mówimy o restrukturyzacji, to tej poprzedzonej dokładną analizą stanowisk pracy i ich obciążeń. A już nie takiej: leci ten, który nie ma układów... Tak, niestety, było w wielu przypadkach podczas grupowych zwolnień w 2004 roku. Plan Królikowskiego przewidywał zdrową strukturę organizacyjną firmy, wskazanie jasne i logiczne schematów zarządzania. Nie znalazł jednak zrozumienia. I co jest? Jest około 100 konstruktorów, tyleż samo kontrolerów jakości i jeszcze więcej technologów. A według ekonomicznego przelicznika, że jeden technolog powinien utrzymać od 20 – 30 pracowników, to w PZL winno pracować około 3 tysięcy ludzi...a jeśli do tego doliczyć niemałą armię pracowników pośrednio produkcyjnych, to jawi się replika firmy lat 70. Choć już w kieszonkowych wymiarach. Poproszony przez nas o komentarz w tej sprawie Ryszard Królikowski odmawia wypowiedzi. Uzyskujemy jedno potwierdzenie: – Istotnie - wydajność pracy mierzona wielkością sprzedaży na jednego pracownika PZL jest po prostu śmieszna, mówi były dyrektor. I jeszcze bardziej śmieszna wydaje się ta wydajność, kiedy od ceny samolotu trzeba odjąć koszty zakupu silnika i wyposażenia. A tymczasem przedstawiciele Lockhead Martin wizytujący mielecki zakład pod kątem offsetu twierdzą, że byliby w stanie obniżyć koszty produkcji w PZL „od ręki” o 30 procent. To dlaczego tego nie zrobią?
Pytanie zasadnicze
To podstawowe pytanie zadaje sobie wielu pracowników PZL, którzy z uwagą śledzą fenomenalny „skok w przyszłość” rzeszowskiej WSK. Dlaczego to nie my – pytają. W PZL są ludzie, którzy twierdzą, że znają odpowiedź. Oni otarli się o zarząd. Teraz mówią – To polityka właściciela PZL, Agencji Rozwoju Przemysłu. A właściwie brak polityki.... Z wypowiedzi naszych rozmówców wynika jedno – ARP zmienia zarządy jak rękawiczki, bo to nie wymaga ...myślenia. To nieistotne, że mielecka firma traci przez to wiarygodność. Liczą się pozory. Urzędnicza machina. – ARP to pięcioosobowy zarząd, który trzyma w garści prawie połowę polskiego przemysłu. Reszta to urzędnicy. A czego potrzebuje urzędnik? Świętego spokoju – mówi z przekorą były członek zarządu PZL. Jeśli na głowie jest ponad 130 firm i kilka stref przemysłowych i parków technologicznych, to ile uwagi można poświęcić firmie, która tak naprawdę jest prowincjonalnym, niszowym, małym i segmentowym producentem. Jeśli ktoś z zarządu PZL chciał zburzyć ten błogi spokój, nie był mile widziany. Czy tak było z Ryszardem Królikowskim i Teresą Orczykowską? A tymczasem już kilka lat temu Amerykanie z Lockhead Martin byli zainteresowani budową fabryki lotniczej w Mielcu i przejęciem produkcji lotniczej. Zostali odprawieni. O kulisach tej sprawy i innych w następnym wydaniu.
Korso