Aż żal było patrzeć jeszcze rok, dwa lata temu, jak świetny pas startowy i niemal cała infrastruktura lotnicza w Mielcu nie były wykorzystywane tak, jak na to zasługiwały. Mało kto wie, ale liczący 2,5 tys. m pas startowy na kierunkach 27-09 (niemal idealnie wyznaczający kierunek wschód - zachód) jest podświetlany w nocy i odśnieżany w zimie.
Niestety, poza wykorzystywaniem go do szkoleń przez tamtejszą szkołę pilotażu praktycznie stał pusty. Świetni tamtejsi piloci za chlebem wyjeżdżali (i pewnie nadal wyjeżdżają) do Hiszpanii, gdzie narażają życie, latając do pożarów, a po sezonie wpajają na Cessnie i Mewie zasady pilotażu młodym adeptom sztuki latania. Gdy wjeżdża się do Mielca, o starej potędze tego miasta jako lotniczego zagłębia naszego kraju dzisiaj przypomina ustawiona na cokole biało-czerwona Iskra, która próbuje wyrwać się do nieba. Na tym samolocie, który powstawał właśnie w zakładach lotniczych w Mielcu, wychowały się całe pokolenia świetnych pilotów wojskowych. Wielu później przesiadło się do MiG-ów, Su lub nawet F-16, inni do airbusów lub boeingów.
Mielec dostał jednak szansę niemal trzy lata temu. Teraz tamtejsi inżynierowie pokazali, że budowanie niemal wszystkiego, co lata, mają we krwi. Śmigłowiec Black Hawk, prawdziwa już legenda pól bitewnych Panamy, Somalii, Iraku czy Afganistanu, teraz powstaje także u nas. Jednak jeszcze kilka lat temu, jak dzisiaj mówi dyrektor zakładów w Mielcu, losy firmy dosłownie wisiały na włosku, kasa zaś świeciła pustkami i nawet nie za bardzo było wiadomo, z czego wypłacić pracownikom należne im pensje. Dzisiaj fabryka zapowiada rozwój i zatrudnianie kolejnych pracowników. Amerykanie zaś zapewniają, że kryzys im niestraszny i black hawki będą produkowane w Polsce. To dla podupadającego niedawno miasta - co oczywiste - oznacza rozwój i niesie ze sobą szanse, że również inne firmy lotnicze dostrzegą potencjał, jaki można tam wykorzystać. Potencjał jest. Polskie lotnictwo wciąż nie ma nowego samolotu, na którym mogliby się szkolić przyszli polscy piloci F-16. Nie ma też z prawdziwego zdarzenia symulatorów, na których piloci boeingów lub airbusów mogliby podnosić swoje kwalifikacje. Na razie muszą wyjeżdżać za granicę.
Warto więc się zastanowić, czy w Mielcu nie uruchomić również ośrodka szkoleniowego dla black hawków, który - mówiąc kolokwialnie - opędzałby europejskich (oraz Turcję) klientów Sikorsky’ego. Zarabiamy my, zarabiają Amerykanie, a oszczędzają nabywcy śmigłowców, co w dobie obecnych cięć kosztów na całym świecie jest warte rozważenia. Nie mówiąc już o tym, że i nasza armia kiedyś będzie musiała rozejrzeć się za podobną maszyną, która zastąpi wysłużone Mi-17. I co, gdy kupimy black hawki? Niby stać nas będzie na wysyłanie pilotów do USA na szkolenie. Ale po co aż tam?
www.polskatimes.pl
Wiadomość archiwalna z dnia 17.03.2010 - przeniesiona z dotychczasowej strony EPML Spotters.