W piątek koło Biecza rozbiła się awionetka, która brała udział w lotniczej wyprawie z Mielca do Rumunii. Zginęły dwie osoby. Dzisiaj w Mielcu pracowali członkowie Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, która ustala powody wypadku. Pracami kieruje przewodniczący Komisji Edmund Klich, który był akredytowanym przedstawicielem Polski przy mieszanej rosyjskiej komisji cywilno-wojskowej badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej.
Edmund Klich, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych opowiedział nam o swojej pracy w Mielcu i w samej Komisji Badania Wypadków.
- Kieruje Pan zespołem badania wypadku lotniczego w Bugaju. Co udało się ustalić?
- Na razie jesteśmy na etapie zbierania wszystkich danych, przesłuchiwania załóg, które brały udział w tym locie. Materiałów jest dość dużo, bo mamy i zapisy z GPS-ów, zdjęcia oraz film z kamery lecącego obok samolotu. Myślę, że do takich ogólnych przyczyn zaliczyć można wejście awionetki w strefę złej pogody. Nastąpiła jakaś komplikacja, w której załoga straciła panowanie nad samolotem. W tej chwili trudno jeszcze ocenić, co się stało konkretnie. Najbardziej tajemniczą sprawą jest to, że start nastąpił z przypiętymi pasami, a w trakcie końcówki lotu dowódca załogi i pasażerka wypadli. Ich ciała znalazły się 200 m. od wraku. Mamy dowody, że jednak pasy były rozłączone. Na ten czas nie posiadamy podstaw, żeby sądzić, że były jakiekolwiek problemy techniczne, a co dalej, to się okaże. Dziś wracamy do Warszawy, będziemy dalej analizować wypadek w gronie ekspertów oraz podejmiemy dalsze kroki.
- Jak wygląda organizacja pracy komisji przy wypadkach lotniczych?
- Po pierwsze po otrzymaniu informacji, czy przez telefon alarmowy, czy tez w inny sposób, wyjeżdża zespół badawczy. W zależności od potrzeb, mogą to być dwie, trzy osoby. W tym przypadku jedna osoba była wysłana od razu, bo ekspert mieszka w Szczawnicy i bardzo szybko dostał się na miejsce katastrofy. Bardzo ważna jest dokumentacja miejsca zdarzenia, ustalenie jakie elementy były w rejonie wraku, itp. Dalsza praca polega na przesłuchiwaniu świadków. Jednak do ich relacji trzeba ostrożnie podchodzić, bo akurat w tym locie brało udział kilka samolotów, więc nie zawsze to, co świadkowie widzieli dotyczyło tej konkretnej awionetki, która się rozbiła. Później następują oględziny wraku, dokumentacji oraz zapada decyzja o przewiezieniu szczątków samolotu. Oczywiście towarzyszą temu setki zdjęć, nagrania filmowe. Podczas działań badawczych współpracujemy z prokuraturą oraz miejscową policją. Jeśli chodzi o wypadek w Bugaju otrzymaliśmy dużą pomoc od lokalnej policji, która dobrze wiedziała jak miejsce zabezpieczyć, dokumentować, zrobić precyzyjne szkice, itp.
- Coraz częściej dochodzi do tego typu wypadków. Dlaczego?
- Myślę, że ludzie mają coraz więcej pieniędzy, kupują samoloty, a samolot, to nie samochód. Ogólnie mówiąc, niektóre osoby nie zawsze doceniają potrzebę wiedzy teoretycznej, dużej praktyki, doświadczenia, szacunku do samolotu oraz przede wszystkim do pogody. Większość wypadków łączy się albo z niekorzystną pogodą albo z podejmowaniem nadmiernego ryzyka w czasie lotu. Do tego dochodzą inne przyczyny, jakieś akrobacje na małych wysokościach, pokazy, demonstracje czegoś. Wtedy łatwo o przekroczenie granicznych parametrów. Samochód łatwo zatrzymać na poboczu, jakaś nadwyżka prędkości nie musi się skończyć wypadkiem. Natomiast w lotnictwie zbyt mała prędkość kończy się tragicznie, zbyt duża też jest nie dobra. A przy braku doświadczenia, niestety skutkuje to wypadkami.
- Brał Pan udział w badaniach okoliczności katastrofy smoleńskiej…
- Brałem, ale moja misja się zakończyła i na ten temat się nie wypowiadam. Napisałem książkę na bazie katastrofy smoleńskiej, w której opisuję sposób badań wypadków lotniczych. Tam odnoszę się do niektórych spraw. Przyczyny katastrofy określam trochę inaczej niż komisja pana ministra Millera, bardziej systemowo, więc można się z nią zapoznać.
źródło: www.hej.mielec.pl